Postanowiliśmy ostatnio z Ewą, że przy okazji remontu naszego gniazdka zmienimy nieco wygląd naszych ścian. I wcale tu nie chodzi o nowe kolory, ale o to co na nich wisi.
Ten kto miał przyjemność zwiedzić nasze nowodworskie apartamenty, z pewnością zauważył, że na ścianach salonu królują wszelkiej maści fotki z wakacji tudzież z innych wojaży, oraz ogromna, co to dużo gadać: ohydna fotografia Sagrady Familii z Barcelony.
Pomysł na nową aranżację był prosty: tak się złożyło, że kilku moich znajomych po godzinach maluje sobie coś hobbystycznie. Stwierdziliśmy, że chyba lepiej będzie nabyć coś od nich niż od (przypadkowego) pana stojącego ze swymi dziełami na Barbakanie.
Krótka piłka: kilka telefonów, kilka maili, kilkanaście przesłanych zdjęć i wybraliśmy trzy obrazy, które nam się wspólnie podobały. Tak nawiasem to stała się rzecz niemożliwa -- mimo ogromnych różnic jeśli chodzi o poczucie estetyki, byliśmy w stanie bardzo szybko znaleźć wspólny mianownik i wybrać to, co nam się obojgu podoba.
1, 2, 3, sprzedane.
Oryginalne obrazy naszych znajomych zawisną na naszych ścianach.
Hurra!